Czy da się być zawsze pozytywnie nastawionym.

Pozytywne myślenie odeszło ode mnie w chwili, gdy najbardziej go potrzebowałam  wraz z weną, chęcią do działania odbierając całą życiową energię. Zawsze łatwo było mi się przełączyć na pozytywne fale, jestem dość uparta. Nie zniechęcają mnie: poniedziałki, małe porażki i pechowe dni. Nie pozwalam na to, by humor popsuły mi: niezdane kolokwium, poplamiona bluzka czy padający deszcz. Na to ostatnie nie mam nawet wpływu. Wiem, że nie wszyscy tak potrafią i nie jest łatwo oduczyć się narzekania.  Mi się udało zmienić moje nastawienie do wielu codziennych spraw z czego jestem bardzo dumna.

Możliwe, że osoby śledzące mnie na Facebooku, widziały mój wczorajszy wpis. (Tylko możliwe, bo fejs tak tnie zasięg, że się płakać chce.) Nie żaląc się zbytnio zastanawiam się czy zaliczę ten semestr, bo nie zostałam dopuszczona do 1. terminu jednego z egzaminów i nie wiem jeszcze, czy zostanę dopuszczona do drugiego. Przedmiot jest bardzo ciężki, właściwie to najtrudniejsze zajęcia na moim kierunku. Gdyby problemem była moja wiedza to pół biedy, no ale nie jest. Trochę się boję, bo nie lubię, gdy moje zaliczenie nie zależy ode mnie. I w ten sposób zaczęły nawiedzać mnie pesymistyczne myśli.

Czy ja się do tego nadaję? A właściwie to „ja nic nie umiem, jestem beznadziejna.” Przecież takie słowa są w 100% sprzeczne z moją życiową filozofią, co ja robię? Co ja gadam? Wiem, że takie myślenie tylko wyniszcza mnie psychicznie, a mimo to tak trudno jest mi przestać, nie mówiąc już o tym, by myśleć pozytywnie. Zniechęcona olałam inne przedmioty, ale także dbanie o siebie czy o bloga. Przyznacie sami, że w takiej sytuacji trwanie w pozytywnym nastawieniu jest bardzo trudne. Zdarza mi się snuć czarne scenariusze i już nawet myślałam o tym, co napiszę w podaniu o egzamin komisyjny, albo o tym, co zrobię, gdy mnie wyrzucą z uczelni, a przecież nawet nie napisałam 3 terminu kolokwium! Takie myśli trzeba tępić już w zalążku, szybko sobie to uzmysłowiłam i staram się nie rozmyślać na ten temat i gdy tylko nachodzą mnie negatywne myśli zamienić je na inne. Zająć się czymś. Tak na przykład wczoraj o 21 przygotowywałam crème brûlée, a innym razem krem z brokułów z poniższego zdjęcia. 🙂

To chyba jedyna nauka jaką mogę wyciągnąć z tej sytuacji. Jeśli nie da się już pozytywnie myśleć, to chociaż nie myśl negatywnie. To nie pomaga, a tylko pogarsza sprawę. Jeśli problem da się rozwiązać, to nie jest on wart niszczenia sobie nerwów, bo za jakiś czas możemy już o nim nie pamiętać, a nawet się z niego śmiać. Muszę kontrolować samą siebie i nie rozpędzać się z tymi pesymistycznymi wizjami. Oczywiście będę próbować wizualizować sobie radość ze zdanego egzaminu, przecież wierzę w to przyciąganie! Macie tak czasem, że pozornie błahe i w nadmiarze używane słowa w niektórych sytuacjach nabierają niezwykłej wartości? Ja tak mam ze zwrotem bądź dobrej myśli,  bo dobrej myśli mi właśnie trzeba.

Ania

20 odpowiedzi

  1. Mnie podły nastrój bardzo często dopada w sezonie sesyjnym, bo chyba mój organizm reaguje tak na przeciążenie (zwłaszcza niedobór snu i świeżego powietrza).

    Powodzenia! Życzę Ci dobrej myśli, której teraz potrzebujesz! 🙂

  2. Ania, bądź dobrej myśli!
    Moim sposobem na przeżycie sesji jest rozpieszczanie siebie, dokładnie tak jak z tym kremem 😉 Tu sauna, tu herbatka ze znajomą, tam ciasteczka. To jest miażdżący nerwy czas i łatwiej go przetrwać dogadzając sobie ile się da.

  3. też wizualizuję i staram się nie dopuszczać złych myśli, jestem w szoku że tak bardzo to działa, szczególnie na obecnej sesji 😀 nauczyłam się też 'ochrony’ przed negatywnymi słowami znajomych. trzymam kciuki i wierzę że dasz radę 🙂

  4. a złota studencka zasada?? „Nie ma spiny, są kolejne terminy” 🙂 albo 'Nie po to ktoś wymyślił drugie terminy, żeby zdawać w pierwszych’ :DDD Uwierz mi, że wiem co czujesz bo sama jestem studentką i pewnie się zdenerwujesz jak Ci to powiem bo nikt nie lubi takiego gadania ale negatywnym podejściem nic nie zdziałasz! Najlepiej podejść na luzie do studiów, nie są w końcu najważniejsze w życiu 😀 Nic za wszelką cenę…. 😀 POWODZENIA. Wiem, że i tak wszystko zaliczysz 😀

    1. Wcale nie myślę, że to takie gadanie:) Ty jesteś taką miłą osóbką, że wiem, że jest szczere i baaardzo dziękuję. Tobie również życzę powodzenia w sesji 🙂

      1. <3 <3 <3 A ja już po sesji bo miałam tylko jeden egzamin ale za to poważny bo inżynierski 😉 I teraz mogę już trzymać kciuki za wszystkich studentów tego świata w tym za Ciebie :)))

  5. Pamiętam jak mnie zaskoczyło to, co powiedziałaś o przyciąganiu: że wystarczy trochę sobie 'odpuścić’ by zaczęło się sypać i żeby nie było to tak widoczne. Coś w tym faktycznie jest.
    A pomysł, by zająć się czymś, zamiast popadać w czarne myśli- zgadzam się z nim w zupełności. Sama ostatnio odkryłam, że najbardziej mi pomaga zrobienie czegoś, czego efekty będą od razu i to konkretne i namacalne, np. pyszna zupa 🙂
    Powodzenia w sesji !

      1. Ja np. ostatnio szykując się do wyjazdu na dwa dni wzięłam się za prasowanie i jak się trochę „rozmachałam”, to zdziwiłam się, jak mi się super zrobiło, od razu tak doooobrze 😉

  6. „Jeśli nie da się już pozy­tyw­nie myśleć, to cho­ciaż nie myśl nega­tyw­nie.” – świetna rada, chyba jedna z lepszych, z jakimi w ostatnim czasie się spotkałam! 🙂
    Można zapytać co to za przedmiot? Jestem ciekawa co za niespodzianki czekają mnie jeszcze na tych jakże wspaniałych studiach.. :p

      1. Opisówka? ;oo Ale że na trzecim roku? ;o
        My się z tym męczyliśmy na pierwszym, po cichu liczę, że już nigdy więcej… :p Tak, tak, zdawałam dwa razy, za pierwszym podejściem trochę mi nie wyszło.. xd

          1. Tak, tylko na pierwszym roku to mieliśmy.. Jeszcze w ogóle różne problemy z tym przedmiotem były, zmieniali nam wykładowców, no różne cuda się działy. No ale co się dziwić, w końcu to UJ, tu nigdy nic nie może być normalnie i porządnie (y)
            Ćwiczenia jeszcze były spoko, a zwłaszcza w drugim semestrze, po zmianie prowadzącej – bo co z tego, że pierwsza była bardzo sympatyczna, jak nikt nic przy niej nie rozumiał. Gdyby właśnie nie ta druga, to nikt by nie zdał pisemnego.
            Ale wykłady? Porażka. Wykładowca chodził jak chciał – a w zasadzie to nie chodził. Instytut się nie interesował, a jak się już zainteresował, to nagle wielkie halo. Wydawało się, że nie zdążymy nadrobić materiału, coś tam się zastanawiali, czy nie przesuwać tego jakoś na kolejny rok, no cuda z tym były. Ale ostatecznie mamy to już za sobą. Do Buschy to zaglądam już teraz tylko baaaardzo sporadycznie :p
            No i skończyło się właśnie egzaminem najpierw pisemnym, a później ustnym (warunek był, że musi być zdany pisemny, żeby być dopuszczonym do ustnego). Jak się nie zdało za trzecim razem, to żegnało się z uczelnią. Kilku się pożegnało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.